Akwarela –sztuka widzenia
| LIFE |
Rysunek i malarstwo to szkoła autentycznego dostrzegania tego, co znajduje się w otoczeniu. Marcin Sadowski, partner w pracowni JEMS Architekci, tę naukę rozwija w technice akwareli. Tworzy szybkie szkice malarskie i tylko nieco bardziej wypracowane kompozycje. W rozmowie wraca do złotych czasów ręcznej wizualizacji, aby nakreślić jej obecną wartość, w tym – przewagi nad fotorealistycznym AI.
Paweł Kaliński: Jak narodziła się Pana pasja artystyczna?
Marcin Sadowski: Początki były zupełnie zwyczajne. Jako kilkuletnie dziecko bardzo lubiłem rysować i dużo rysowałem. Wspierał mnie w tym ojciec, który też trochę rysował. Chyba po prostu chciał, żebym rozwijał się plastycznie. Co ciekawe, odkładał moje prace. Mam te dziecięce rysunki do dziś.
P.K.: W jaki sposób ta pasja przerodziła się w myśl o przyszłym zawodzie?
M.S.: Bardzo wcześnie chciałem zostać architektem – już w siódmej klasie szkoły podstawowej. Duży wpływ na to miało konkretne doświadczenie: zobaczyłem zdjęcie kaplicy w Ronchamp Le Corbusiera. Bywałem też na Wydziale Architektury w Warszawie i oglądałem rysunki architektoniczne studentów, które mnie fascynowały. Ojciec wobec tego skierował mnie do architekta, który w latach 70. prowadził szkołę rysunku. Te zajęcia były bardzo drogie, bo organizowano je prywatnie. Przez cztery lata chodziłem do studenta architektury na regularny kurs przygotowujący do egzaminów na Wydział Architektury, a wśród nich rysunek był niezwykle ważnym elementem. Bardzo szybko zetknąłem się więc z profesjonalnym rysowaniem.
P.K.: A w czasie studiów – mniej malarstwa, więcej szkicu?
M.S.: Na studiach mieliśmy rysunek chyba przez pierwszych pięć semestrów. To był wtedy bardzo ważny elementem edukacji. Wydział Architektury szczycił się słynną warszawską szkołą rysunku, przywiązywano do tego wielką wagę. Panowało przekonanie – słuszne albo nie – że jeśli ktoś dobrze rysuje, będzie też dobrym architektem. Praca w zakładzie rysunku uchodziła za niezwykle prestiżową.
P.K.: Jakie techniki wtedy Pan rozwijał?
M.S.: Rysowaliśmy głównie ołówkiem i malowaliśmy akwarelą. To były dwie podstawowe techniki obecne na Wydziale Architektury. Trochę pojawiało się też malarstwa – akrylem czy temperą – jednak rysunki kursowe, czyli te na potrzeby zajęć lub zaliczeń, wykonywano przede wszystkim ołówkiem. Cyzelowaliśmy greckie i rzymskie głowy, kolumny jońskie i korynckie, meble. Któregoś razu mieliśmy przedstawić techniką mieszaną portal jednego z kościołów, wykorzystywaliśmy wtedy głównie tusz.
P.K.: Rysunek odręczny odgrywał wtedy bardzo ważną rolę, także w pracy zawodowej…
M.S.: Podczas studiów odbywałem praktykę w Szwajcarii. To była końcówka lat 80. Komputery dopiero wchodziły do pracowni projektowych, a wizualizacje 3D miały nadejść dopiero za kilka lat. Pracowałem w dużym biurze, dziś już nieistniejącym, które zatrudniało w samej Bazylei ponad 400 osób. Zorientowano się tam, że umiem rysować, i przez sześć miesięcy większość czasu spędzałem na wykonywaniu rysunków służących do prezentacji projektów. Te prace zaczęły się nawet pojawiać w prasie zapowiadającej inwestycje. Byłem z tego bardzo dumny.
Później nabrało to bardziej profesjonalnego charakteru. W biurze bywał sympatyczny Anglik, który wykonywał odręczne wizualizacje projektów. Zaprzyjaźniliśmy się, a on nauczył mnie pracy aerografem i bardziej profesjonalnych metod. Razem zaczęliśmy pracować nad projektami. Wtedy wykonywałem już rysunki na bardzo dobrym poziomie. Można było w ten sposób świetnie zarobić. Szwajcarzy nie lubili tej pracy.
P.K.: Dlaczego?
M.S.: Jeden rysunek powstawał nawet przez pięć dni – trzeba było naklejać folie, wycinać je, a sama praca z aerografem była niezwykle żmudna. Siedziało się po nocach. Ale zarobki były wysokie.
P.K.: To brzmi jak spełnienie marzeń!
M.S.:. Przez około pięć lat regularnie wyjeżdżałem do Zurychu, Bazylei, Genewy czy Lozanny i obsługiwałem filie tego biura. Wykonałem mnóstwo różnych rysunków – czasem bardzo dziwnych budowli czy wręcz budynków brzydkich architektonicznie. Bywały też obiekty przemysłowe, fabryki, budynki w Korei, Japonii czy na Bliskim Wschodzie. Architektura często była bardzo słaba. Jednak z czasem stało się to dla mnie trochę niebezpieczne. Musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcę nadal zajmować się wyłącznie rysowaniem architektonicznym, czy jednak zostać architektem. Można było z tego bardzo dobrze żyć, ale wtedy pojawiły się pierwsze komputerowe wizualizacje. W Polsce mieliśmy już kontakt z programem 3D Studio i razem z kolegą generowaliśmy pierwsze wnętrza. Komputery musiały liczyć obraz przez całą noc, ale efekt był zaskakujący. Aerograf dawał podobny rezultat, jednak wymagał ogromnego nakładu pracy. To był więc epizod profesjonalnego rysowania za pieniądze, ale wspominam ten czas bardzo dobrze.
P.K.: Ile z tego zostało do dziś? Zdarza się Panu posługiwać bardziej zaawansowanym rysunkiem w pracy koncepcyjnej, w dyskusjach w biurze czy z klientami?
M.S.: Czasem dołączamy szkice i rysunki wykonywane odręcznie, bo dziś są one pewną przeciwwagą dla obrazu komputerowego. Znaczenie rysunku odręcznego jest zupełnie inne niż w latach moich studiów.
P.K.: W naszej rozmowie pojawiło się kilka technik plastycznych. Która z nich jest Panu najbliższa?
M.S.: Dziś maluję głównie akwarele. Ta technika bardzo mi odpowiada. Lubię usiąść sam na łące albo na tarasie w Toskanii i malować. Maluję szybko, bo światło i koloryt ciągle się zmieniają. Trzeba działać natychmiast, dlatego wiele akwarel jest nieudanych. Ale czasami udaje mi się namalować to, co naprawdę zobaczyłem.
Zawsze przed malowaniem robię zdjęcie telefonem. I kiedy później porównuję fotografię z akwarelą, często okazuje się, że akwarela jest zupełnie inna. Szczególnie przy ostrym świetle zdjęcie nie potrafi oddać klimatu krajobrazu czy miejskiego pejzażu.
P.K.: Czy pracuje Pan także w pracowni?
M.S.: Czasem w swojej piwnicy robię techniczne próby. Rozpinam duży, dobrej jakości papier akwarelowy. Na papierze nie można oszczędzać, choć dobre akwarele i wysokiej klasy papier są dziś bardzo drogie. Robię próbne szkice, a potem potrafię malować przez dwa dni: jednego dnia coś wyschnie, następnego coś dokładam. Bywa, że kończy się to, w mojej ocenie, sukcesem.
P.K.: A jeśli spojrzeć na ostatnie lata – jakie tematy podejmuje Pan najczęściej?
M.S.: Zawsze te same, pejzaże i weduty, czyli widoki miast. Wracam nawet do tych samych miejsc i próbuję malować dokładnie to samo co wcześniej. To jest dla mnie odpoczynek, ale też próba prawdziwego patrzenia na krajobraz. Akwarela nie pozwala oddać wszystkich szczegółów – najważniejsze są koloryt i atmosfera.
Duży wpływ miał na mnie australijski akwarelista Joseph Zbukvic. Maluje miasta i pejzaże, często „pod słońce”, bardzo oszczędnie, poprzez syntezę detalu, a jednak widz naprawdę czuje w tych pracach atmosferę miejsca. Wielu akwarelistów na świecie maluje dziś trochę „jak Zbukvic”.
W Polsce mieliśmy też dwóch naprawdę najwyższej klasy akwarelistów: Juliana Fałata i Rafała Malczewskiego. Fałat wielokrotnie malował Bystrą, a Rafał Malczewski – moim zdaniem – najlepiej potrafił ukazać atmosferę Podhala i Tatr.
P.K.: Gdzie można zobaczyć Pana prace?
M.S.: Nigdy nie organizowałem wystawy. Kilka razy przekazywałem prace na aukcje charytatywne. W domu mam akwarelę, którą uważam za jedną z najlepszych – widok na Tatry z Rzepisk. Niektóre obrazy wiszą w tym czy innym miejscu, inne zostały zdjęte ze ściany i zastąpione fotografiami dzieci albo innymi obrazami. Swoje prace oczywiście przechowuję, czasem je przeglądam. Największą satysfakcję dają mi jednak na etapie tworzenia.
P.K.: Mówił Pan, że rysunek to nauka patrzenia, prawdziwego widzenia. Co jeszcze daje Panu malowanie?
M.S.: Malowanie uczy kadrowania, uważnej obserwacji, dostrzegania światła i cienia. W Limanowej mam działkę z południową ekspozycją. Widać stamtąd kolejne pasma gór, a na końcu Tatry. Od dziesięciu lat próbuję to namalować i wciąż mi się nie udaje. I to jest właśnie fascynujące – taka walka z krajobrazem.
P.K.: Autentyczne, ludzkie przeżycie.
M.S.: Dziś, w czasach komputerowych wizualizacji, wszystko jest perfekcyjnie wyrenderowane: poruszają się liście, śnieg odkłada się coraz grubszą warstwą, światło zmienia się jak w rzeczywistości. Ale brakuje w tym emocji, brakuje też tego, co rodzi się z przypadku. Lubię dawne malarstwo. W obrazach Rembrandta czy van Gogha widać siłę malarstwa. U van Gogha zaledwie kilka kresek wystarcza, by oddać cały ruch i napięcie postaci czy zwierzęcia.
Uważam, że dla architekta odręczne rysowanie nadal jest bardzo ważne, choć chyba staje się coraz mniej popularne. Na wielu wydziałach rezygnuje się nawet z nauki perspektywy odręcznej.
P.K.: Czy obecnie często udaje się Panu znaleźć czas na akwarelę?
M.S.: Ostatnio maluję rzadziej, ale chciałbym do tego wrócić i bardziej się „rozmalować”. W akwareli bardzo ważna jest ciągła praktyka.
MARCIN SADOWSKI – architekt. Urodził się w 1965 r. w Warszawie. W 1992 r. ukończył Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej. Asystent na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej w latach 1992–1993. Od 1993 r. pracownik, a od 1996 r. partner i wspólnik w JEMS Architekci. Od 2008 r. prowadzi zajęcia z projektowania na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Laureat Honorowej Nagrody SARP (2002).











