1. Home
  2. Architecture Design
  3. ARCHITEKTONICZNA OPOWIEŚĆ O POLSCE
ARCHITEKTONICZNA OPOWIEŚĆ O POLSCE
0

ARCHITEKTONICZNA OPOWIEŚĆ O POLSCE

0

Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Berlinie, otwarta w styczniu 2025 r., to jeden z najbardziej oczekiwanych projektów ostatnich lat. Za jej architekturą stoją MARCIN SADOWSKI, IZABELA LEPLE-MIGDALSKA i TOMASZ NAPIERALSKI wraz z zespołem z pracowni JEMS Architekci. Rozmawiamy o tym, jak rozwijała się koncepcja budynku, jakie wyzwania stawia architektura dyplomatyczna i w jaki sposób udało się połączyć funkcję reprezentacyjną z wymaganiami bezpieczeństwa.

Magdalena Wrzos: Projekt Ambasady RP w Berlinie narodził się ponad dekadę temu. Czy przez ten czas Wasza koncepcja ewoluowała? Czy były momenty, w których chcieliście ją zweryfikować, zmienić?
Marcin Sadowski: W 2012 roku wygraliśmy architektoniczny konkurs zorganizowany przez MSZ. Większość decyzji projektowych podjęliśmy właśnie wtedy. Wiedzieliśmy, że projekt zlokalizowany w takim miejscu ma ogromną wizerunkową rolę. Budynek ma złożony program funkcjonalny i specyficzne, wysokie standardy techniczne. Podstawowa idea i większość rozwiązań zostały ustalone dość szybko, ale oczywiście wiele detali było korygowanych na bieżąco, zwłaszcza pod kątem szczegółowych wymagań Ministerstwa. Zmiany wynikały z konieczności dostosowania do realiów prawnych i technicznych. Generalnie jednak nie wprowadziliśmy radykalnych rewizji koncepcji. Choć droga była długa i momentami wyboista, efekt końcowy jest bliski pierwotnej wizji i to nas bardzo cieszy.

M.W.: Jak układała się współpraca z Ministerstwem Spraw Zagranicznych? Była raczej formalna czy można mówić o twórczym dialogu?
M.S.:
Od samego początku mieliśmy po drugiej stronie ludzi, którzy dobrze rozumieli zarówno wymagania instytucji dyplomatycznej, jak i specyfikę procesu projektowego. Różne okoliczności sprawiły jednak, że upłynęło wiele czasu od zakończenia opracowania dokumentacji.

Izabela Leple-Migdalska: Ten projekt ma dwie odsłony: pierwsza trwała od 2013 roku, to jest od rozpoczęcia prac nad projektem po wygranym konkursie. Na tym etapie spotkania z Ministerstwem były bardzo częste i dotyczyły sposobu organizacji pracy poszczególnych działów, względów bezpieczeństwa, ale również rozmawialiśmy o wizerunku ambasady i chęci wykorzystania polskiej sztuki we wnętrzach. Projekt został zawieszony w 2015 roku. Wróciliśmy do niego cztery lata później. Od tego momentu współpraca z Ministerstwem oraz generalnym wykonawcą – firmą Strabag była bardzo intensywna. Czuliśmy, że wszyscy współdziałali ze sobą tak, aby osiągnąć jak najlepszy rezultat. To było niespotykane i cenne doświadczenie.

M.W.: Berlin to miasto z gęstą warstwą historii i symboliki. Czy projektując w takim kontekście, czuliście większą odpowiedzialność?
I.L.M.:
Odpowiedzialność architekta jest niezależna od tego, czy buduje się w centrum metropolii, czy w mniejszej miejscowości. To odpowiedzialność wobec inwestora, wobec ludzi, którzy będą korzystać z przestrzeni, wobec miejsca. Oczywiście to konkretne miejsce jest wyjątkowe: w tym miejscu stał przed wojną gmach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych III Rzeszy. Lokalizacja jest bardzo eksponowana: przy głównej alei Unter den Linden, która pełni funkcję ważnego szlaku turystycznego w historycznej części Berlina, tuż obok Bramy Brandenburskiej, w sąsiedztwie ambasad Węgier, Francji, USA i Wielkiej Brytanii.

M.S.: Architektura Berlina wyraźnie ukazuje złożoną historię miasta – podziału, zjednoczenia, przemian politycznych. To przestrzeń o bardzo dużym ładunku symbolicznym. Z tą lokalizacją wiążą się większa widoczność i większe oczekiwania.

M.W.: W jaki sposób architektura ambasady odnosi się do swojego sąsiedztwa – monumentalnej osi miasta i sąsiednich placówek dyplomatycznych?
M.S.:
Chcieliśmy, żeby budynek wpisywał się w pierzeję alei Unter den Linden, a jednocześnie miał własną tożsamość. Architektura ambasady stara się więc balansować między powściągliwością a ekspresją. Elewacja, tworząc ciągłość pierzei alei Unter den Linden, ujawnia BERLINIEjednocześnie swoją ażurową strukturą intrygującą głębię. Ważne też było, żeby architektura w stosowny sposób reprezentowała polską dyplomację. W naszym rozumieniu chodziło o ukształtowanie budynku o cechach świadczących o mocnej integracji z tkanką urbanistyczną Berlina, ale posiadającego własną, wyraźną identyfikację.

I.L.M.: Naszym celem było stworzenie budynku, który będzie rozpoznawalny, ale jednocześnie spełni wszystkie wymogi określone lokalnymi, bardzo szczegółowymi przepisami dla tego kwartału dzielnicy Mitte.

M.W.: Jakiego rodzaju opowieść o Polsce chcieliście przekazać językiem architektury?
Tomasz Napieralski:
W czasie prac nad projektem konkursowym dużo rozmawialiśmy o idei, symbolice architektury, ale bardzo trudno jednoznacznie odpowiedzieć na zadane pytanie. Oglądaliśmy inne budynki polskich ambasad, budynki publiczne zrealizowane w Polsce, budynki w okolicy lokalizacji ambasady w Berlinie. Zapewne te obrazy, rozmowy stanowiły zbiór inspiracji dla tego obiektu. Przyjęliśmy pewien scenariusz odkrywania, czytania architektury. To budynek, który w dalekich perspektywach jest masywny, oglądany z bliska staje się ażurowy i ujawnia swoje wnętrza. Ma bardzo klarowną strukturę – dziedziniec z dwoma masztami flagowymi przechodzącymi przez wszystkie kondygnacje, reprezentacyjny hall rozpięty pomiędzy wewnętrznymi atriami. I jednocześnie coś więcej – odniesienie do modernizmu.

M.W.: Na czym polegała ta inspiracja?
M.S.:
Sięgnęliśmy do polskiego modernizmu międzywojennego. Tego modernizmu, który próbował stworzyć nowoczesny język dla młodego państwa. Czas po odzyskaniu niepodległości to okres poszukiwań stylu narodowego i ten modernizm był w Polsce wyjątkowy.

I.L.M.: Nie opowiadamy w tym budynku historii wprost. Raczej zapraszamy do jej dostrzegania poprzez skalę, proporcje, światło, materiał i przestrzeń.

M.S.: Wierzymy, że to opowieść o Polsce nowoczesnej, otwartej i odpowiedzialnej.


M.W.: Fasada ambasady to wyraźna interwencja architektoniczna, ale nie dominująca. Skąd decyzja o jej wielowarstwowej strukturze?
M.S.
: Chcieliśmy uniknąć jednoznacznych skojarzeń z architekturą instytucjonalną, szczególnie taką, która posługuje się dawnymi klasycznymi symbolami władzy. Kolumnada to gest monumentalny, „zarezerwowany” raczej dla sądów, parlamentów czy gmachów historycznych. A my nie chcieliśmy budować ambasady, której architektura odnosiłaby się do archaicznych wzorców. Berlin ma swoją wyraźną logikę, jest miastem urbanistycznie uporządkowanym, z przewagą architektury powściągliwej, nieepatującej ekspresją formy. Chcieliśmy się w ten kontekst wpisać, ale decyzja o wprowadzeniu ażurowej warstwy wyróżnia budynek. Wielowarstwowość, poszukiwanie przestrzenności fasady są obecne w wielu naszych projektach, choćby w zespole biurowym Pixel, w którym głębokie, dwukondygnacyjne loggie definiują fasadę, tworzą przestrzenie półprywatne, zapraszające. Tak rozumiana warstwowość – wizualna i znaczeniowa – staje się dla nas narzędziem budowania architektury przyjaznej i otwartej.

I.L.M.: Inspiracją były też berlińskie kwartały z ich charakterystycznymi podwórkami, rytmem przejść i wnętrzami otwartymi do środka. W ambasadę wpisano strukturę kilku dziedzińców – głównego, a także zachodniego, wschodniego i północnego.

M.W.: Jak pogodzić w architekturze ambasady dwa bieguny: reprezentacyjność i bezpieczeństwo? Otwartość i powściągliwość?
M.S.:
Znalezienie równowagi między koniecznością ochrony a chęcią stworzenia budynku otwartego i komunikatywnego było jednym z największych wyzwań tego projektu. Dużą rolę odegrała właśnie koncepcja zdwojonej fasady. Jej zewnętrzna warstwa stanowi pierwszą barierę, a jednocześnie nadaje architekturze lekkość i głębię. To dzięki niej budynek nie jest hermetyczny. Można zajrzeć do środka, w szczególności wieczorem, kiedy wnętrza są rozświetlone. Widać dziedziniec flagowy, zieleń, reprezentacyjny hall. Front jest wyraźny, bardzo obecny, ale nie izoluje budowli od ulicy.

I.L.M.: Bardzo zależało nam, by ambasada była „przyjazna ulicy”, by nie tworzyła wrażenia dystansu czy groźnej instytucji. Główne wejścia są kontrolowane, to oczywiste, ale dziedziniec działa jak miękki bufor, zaprasza do wnętrza, a jednocześnie chroni. To nie jest zamknięty, niedostępny świat. Odbywają się tu wydarzenia, spotkania: podczas ostatnich wyborów parlamentarnych ambasadę odwiedziło ponad 4,5 tysiąca osób. Przestrzeń wielofunkcyjna, zwłaszcza wieczorem, otwiera się na miasto. Ludzie przechodzą, zwalniają kroku, zaglądają przez ogrodzenie, przez dziedziniec. Można zajrzeć aż po ogród północny. Sekwencja przestrzeni naprawdę zaprasza do środka.

M.W.: Relacja między fasadą a wnętrzem jest w ambasadzie bardzo silna. Czy od początku zakładaliście ten rodzaj integracji, czy pojawił się w toku pracy?
T.N.:
Chcieliśmy, aby fasada była integralną częścią architektury, zapowiedzią tego, co dzieje się wewnątrz. Rytm słupów i podciągów, gra światła i cienia, proporcje – to wszystko tworzy scenariusz przestrzeni, który zaczyna się już od elewacji i rozwija we wnętrzu. Bardzo zależało nam na tym, by wnętrza były budowane architekturą budowli, bez elementów dekoratorskich.

I.L.M.: Układ słupów, zmieniające się kierunki stropów – wszystko to definiuje charakter przestrzeni i porządkuje funkcje. Część reprezentacyjna, z wejściem, hallem, konsulatem, główną klatką schodową, płynnie przechodzi w część biurową, z zachowaniem tej samej logiki przestrzennej. Wnętrza projektowaliśmy bardzo świadomie, jako „ramę”, która będzie dobrze działać w czasie różnych wydarzeń odbywających się w ambasadzie. Dziedzińce są zawsze w polu widzenia. Wystarczy się obrócić o 90 stopni i zawsze spotykamy wzrokiem któryś z nich. To daje poczucie przestrzenności i czytelności wnętrza.

M.S.: Dziś, używając programów modelujących budynki w trzech wymiarach, często wyłączamy stropy, by zajrzeć do wnętrza. A stropy, struktury podciągów potrafią bardzo silnie definiować charakter wnętrz. Tak jest w przypadku ambasady, gdzie układ linii belek przechodzących w słupy stanowi o wyrazistości części reprezentacyjnej budynku.

M.W.: Jakie znaczenie ma w tym kontekście zastosowanie naturalnych materiałów i światła w przestrzeniach reprezentacyjnych?
M.S.
: Naturalne materiały niosą ze sobą szlachetność. Ich użycie to również nawiązanie do idei polskiego modernizmu, który często indywidualność rozwiązań budował wysoką kulturą detalu, zakorzenioną w tradycji rzemiosła.

I.L.M.: Materiały odgrywają tu rolę znacznie szerszą niż tylko estetyczną. To one budują nastrój i charakter przestrzeni. Drewno, kamień, beton to elementy architektury wpisane w logikę budynku. Zależało nam, by wnętrza miały swoją tożsamość, zachowując uniwersalność. Wysokiej jakości indywidualnie projektowane meble reprezentują współczesne polskie wzornictwo.

M.W.: Jak zadbaliście o elastyczność przestrzeni, która musi służyć zarówno dużym konferencjom, jak i wydarzeniom kulturalnym?
I.L.M.:
Przestrzeń ambasady nie jest tylko miejscem pracy urzędników. To także scena dla różnych wydarzeń – od spotkań dyplomatycznych, przez konferencje, po kameralne koncerty czy wystawy. Przesuwne ściany i mobilne podziały pozwalają dowolnie konfigurować układ – otwierać przestrzeń, gdy potrzebna jest duża sala, albo dzielić ją na mniejsze, zaciszne strefy.

M.S.: Staraliśmy się zaprojektować układ, który nie tylko odpowiada konkretnym funkcjom, ale pozwala je zmieniać bez utraty jakości architektonicznej. Dzięki temu budynek ma wiele scenariuszy użytkowania. Już wiemy, że działa to w praktyce.

M.W.: Jakie rozwiązania technologiczne lub materiałowe uważacie za kluczowe dla sukcesu
tej realizacji i może niedostrzegalne na pierwszy rzut oka?
M.S.:
W architekturze, która stawia na minimalizm i klarowność, największym wyzwaniem jest właśnie to, czego nie widać. Żeby wnętrza były „czyste” i spokojne, trzeba włożyć ogrom pracy w detale. To wymaga absolutnej precyzji i współpracy wszystkich uczestników procesu. Jednym z największych wyzwań była modularna, oparta na powtarzalnych prefabrykatach fasada. Za tą prostotą stoi trudna praca projektowa i wykonawcza. Było kilka tysięcy elementów prefabrykowanych, każdy zaprojektowany indywidualnie, bez możliwości korekt na miejscu. Wszystko musiało pasować idealnie – i tak było. Złożyliśmy fasadę w modelu komputerowym, element po elemencie, weryfikując każdy detal. Nawet niewidoczne na pierwszy rzut oka różnice – w fugach, osiach, wysokościach – mają tu znaczenie. W takiej formule architektonicznej nie można niczego „ukryć”.

I.L.M.: Innym z takich rozwiązań jest system ogrzewania i chłodzenia w sali wielofunkcyjnej. Zamiast tradycyjnych urządzeń grzewczych czy klimatyzacyjnych całość odbywa się przez podłogę i strop, zapewniając odpowiedni komfort termiczny i akustyczny.

M.W.: Jak dziś patrzycie na ten projekt? Czy budynek jest wierny pierwszym założeniom i Waszemu wyobrażeniu?
M.S.
: Ten budynek powstawał długo, pierwsze szkice pochodzą przecież z 2012 roku. Nie epatuje formą, nie próbuje być manifestem, tylko po prostu współtworzy miejską tkankę.

I.L.M.: Tak, zdecydowanie. On od początku miał być właśnie taki – powściągliwy. Architektura nie jest modą, sezonowym trendem. Powinna być trwała i odpowiedzialna.

M.W.: To była ponad dekada Waszego życia. Czy jest jakiś szczególny moment, który zapadł Wam w pamięć? Osobiste wspomnienie, które najlepiej oddaje Waszą relację z projektem ambasady?
M.S.: Pamiętam moment, w którym po raz pierwszy zobaczyliśmy oświetloną fasadę nocą. Cała ekipa budowlana wyszła z budynku i po prostu patrzyliśmy. Wszyscy mieli poczucie, że to działa i wygląda świetnie. Pamiętam też dzień uroczystego otwarcia. Po zakończeniu przeszliśmy na drugą stronę ulicy i wsiedliśmy do metra. Usiedliśmy naprzeciwko siebie w zupełnie pustym wagonie metra. Nic nie mówiliśmy, ale chyba myśleliśmy o tym samym. Zadanie wykonane, wydarzyło się coś fantastycznego, powstał budynek, na który tak długo czekaliśmy. To była bardzo emocjonalna chwila.