Muzyka życia
Muzyka była przy mnie od zawsze. Zanim nauczyłem się mówić, nauczyłem się słuchać.
Mirosław Nizio
Architekt, designer, rzeźbiarz, mecenas sztuki
Pierwsze dźwięki, które pamiętam, odbijały się od sklepienia kościoła: chorały, psalmy, miękkie tony organów, chrząknięcia ludzi, skrzypienie ławek. Jako młody chłopak chodziłem tam nie z obowiązku, lecz z potrzeby – jakby właśnie tam najgłośniej śpiewali aniołowie. To w kościele po raz pierwszy poczułem, że muzyka potrafi unieść człowieka wyżej, nawet wtedy, gdy modlitwą nie jest. Później pojawiła się stolarnia, w której muzyką była praca. Świst piły, skrzypienie drewna, rytmiczne stukanie młotka – hałas pozbawiony ozdobników, a jednak prawdziwy i bliski. Zapach trocin mieszał się z metalicznym dźwiękiem narzędzi, a każdy dzień potrafił brzmieć jak nieplanowany koncert. Pierwszy własnoręcznie zbudowany mebel dawał poczucie spełnienia i, nie ukrywajmy, odrobinę pychy.
Farma miała swój własny puls. Odgłosy zwierząt, młócenie zboża, warkot traktorów tworzyły naturalną symfonię pracy. Z kolei las nauczył mnie ciszy, która w rzeczywistości nigdy nie jest naprawdę cicha. Powiew wiatru, ptasie nawoływania, szmer strumienia, deszcz uderzający o liście – tam zrozumiałem, że słuchanie jest umiejętnością, a nie tylko czynnością. Wśród drobnych dźwięków łatwo przeoczyć te, które naprawdę niosą znaczenie.
Warszawa była już zupełnie innym światem – improwizacją, którą trudno przewidzieć. Klaksony, rozmowy, silniki, stukot tramwajów tworzyły chaos, który z czasem zaczął porządkować moje myśli. W akademiku ASP muzyka była wszędzie: King Crimson, Zappa, Dylan, Beatlesi. W rozmowach, w pracy, w nocy, gdy nie mogliśmy zasnąć. Niektóre utwory działały jak drogi ewakuacyjne – pokazywały wyjście, gdy wszystko inne stawało się niejasne.
A potem Nowy Jork. Osobna planeta dźwięku: metro, taksówki, krzyki ulicznych sprzedawców, deszcz uderzający o metalowe dachy, hałas klaksonów. W tym wielkomiejskim zgiełku najwięcej mówił jazz i blues – Armstrong, Hancock, Miles Davis. Miałem wrażenie, że ktoś próbuje ułożyć ten nieustanny chaos w sensowną opowieść. Tam nauczyłem się, że muzyka wielu kultur nie tylko opisuje świat. Ona pozwala go naprawdę poczuć.
Wróciłem do Polski z całym tym bagażem i chciałem go gdzieś rozpakować – w galeriach, w przestrzeni teatru i muzyki, w miejscach, w których brzmienie nie jest tłem, lecz częścią tożsamości. Nawet restauracja, która stała się moją codziennością, jest bardziej sceną niż lokalem. Klasyka, jazz i soul wypełniają wnętrza i park jak miękkie światło, przyciągając ludzi słyszących więcej niż tylko szum wiatru. A koncerty muzyki klasycznej w galerii otwierają drzwi do świata przeszłości i współczesności jednocześnie.
Dziś wiem jedno: życie jest jak partytura. Ma swoje pauzy, akcenty, napięcia i cisze. Kieruję się tym samym instynktem, który prowadził mnie, gdy jako dziecko wsłuchiwałem się w kościelne organy. Muzyka nie tylko towarzyszy mojemu życiu – ona je układa i wciąż prowadzi.



