Wiele decyzji – wspólny kierunek
MIASTA
Najtrudniejsze jest to, że każdy z uczestników kształtujących zabudowę procesów wydaje się mieć rację. Urzędnik, który pilnuje zgodności z przepisami, inwestor, który broni nieubłaganych praw ekonomii, architekt chcący zadbać o jakość przestrzeni. Problem polega na tym, że całość tego funkcjonującego od lat systemu nie wymusza osiągania wspólnego celu, lecz poprawność formalną.
PIOTR SOBOCIŃSKI
Architekt i urbanista, Członek Zarządu Głównego SARP
Rola architekta w procesie inwestycyjnym na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci zmieniła się diametralnie, coraz rzadziej jest swobodnym kształtowaniem przestrzeni urbanistycznej, formy architektonicznej, układaniem kontekstów społeczno-kulturowych, a coraz częściej żonglerką z użyciem różnorodnych, sprzecznych ze sobą oczekiwań. Żonglerką, w czasie której zwykle ktoś znienacka dorzuca nowe piłki. Większość decyzji kształtujących współczesne polskie miasta zapada dziś nie na etapie sporządzania projektów architektonicznych, lecz dużo, dużo wcześniej, często już w fazie legislacyjnej, podczas opracowywania kolejnych zmian Prawa budowlanego, ustaw o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, warunków technicznych, następnie w procesach kształtowania się interpretacji ich zapisów. Wszystko to zderzane jest na etapach analiz z założeniami planistycznymi oraz ekonomicznymi.
W praktyce projektowej architekt po jednej stronie ma inwestora, który musi policzyć ryzyko, po drugiej administrację budowlaną, która musi działać w ramach wypracowanych procedur. Gdzieś pomiędzy nimi znajduje się przyszły mieszkaniec, zwykle nieobecny w tej rozmowie, choć najbardziej odczuwający jej skutki. Projektowanie to często proces bardziej negocjacyjny niż twórczy, a przecież od jego jakości zależy jakość otaczającej nas przestrzeni.
Decyzje projektowe nie dotyczą tylko wyglądu architektonicznego, w dużo większym stopniu odnoszą się do relacji. Gdzie będzie wjazd na działkę? Którędy użytkownicy będą wchodzili do budynku? Czy postawimy na komunikację pieszą, czy wszystko podporządkujemy samochodom? W jakiej relacji do stron świata stanie nasz budynek i jaki będzie to miało wpływ na jego wnętrze, nasłonecznienie, mikroklimat? Są to może kwestie mało spektakularne, ale to one decydują w rezultacie o tym, czy nowo projektowane miejsce stanie się częścią tkanki miasta, czy pozostanie tylko budynkiem lub zespołem budynków odciętym od kontekstu całości.
Można zaprojektować ciekawy architektonicznie budynek w niewłaściwym układzie urbanistycznym i powstanie przestrzeń, z której nikt nie będzie chciał korzystać. Można też zaprojektować „tylko” poprawny budynek powiązany z przestrzenią w taki sposób, że w krótkim czasie zaczyna działać jak kolejny fragment miasta. Jeśli architektura jest ważna, to urbanistyka staje się dużo ważniejsza – tyle że rzadziej w większej skali mieści się w zakresie jednego projektu.
Najtrudniejsze jest to, że każdy z uczestników tych kształtujących zabudowę procesów wydaje się mieć rację. Urzędnik, który pilnuje zgodności z przepisami, inwestor, który broni nieubłaganych praw ekonomii, architekt chcący zadbać o jakość przestrzeni. Problem polega na tym, że całość tego funkcjonującego od lat systemu nie wymusza osiągania wspólnego celu, lecz poprawność formalną. W efekcie zamiast przestrzeni skrojonych na miarę, odpowiednich do życia, komfortowych i uporządkowanych otrzymujemy przestrzenie zgodne z warunkami technicznymi, ale niekoniecznie funkcjonujące w dobrym powiązaniu z otoczeniem.



