MIASTO WRAŻLIWE

Potrzebujemy aktywnej polityki miejskiej i elastycznego, modyfikowalnego systemu planowania. Potrzebne jest nam prawo modyfikacji normy i standardu. Tkwiąc w okowach planowania, które
staje się miejscowym, praktycznie nieweryfikowalnym i niezmienialnym prawem, pozbawiamy się podstawowych narzędzi budowania miasta wrażliwego.

Miasto. Czym jest dzisiaj i czym chcemy, by było? Spojrzenie historyczne – choćby zaledwie dwieście do trzystu lat wstecz – wskazuje wyraźnie, że około stu lat temu wydarzyło się coś, co oznaczało odejście od tego, co do dzisiaj nazywamy miastem, albo raczej od tego, co chcemy miastem nazywać. Powołano miasto funkcjonalne, z jego centrami usługowymi, dzielnicami mieszkalnymi, biurowymi, przemysłowymi, z terenami zielonymi i racjonalną strukturą sieci dróg. Powołano standardy planistyczne i urbanistyczne, uregulowano szerokości ulic, wysokości zabudowy, wytyczono jej linie, opisano warunki zdrowotne, wymagania techniczne. W końcu powołano normy i nieskończoną liczbę szczegółowych przepisów, gwarantujących racjonalne i roztropnie zaprojektowane miasto. Racjonalność ta okazała się jednak pozorna. Pobieżny nawet ogląd terenów miejskich zagospodarowywanych w ostatnich dekadach w myśl owych słusznych założeń wskazuje, że tracimy coś, co w mieście najważniejsze – życie.

Samowolny rozwój miasta nie gwarantuje nam przyjaznej przestrzeni, czego dowodem są rozlewające się bez kontroli suburbia w biednych krajach trzeciego świata. Ale jest też faktem, że współczesne osiedle (blokowisko), centrum handlowe, dzielnica zakładów produkcyjnych czy w końcu trasa komunikacyjna, którą zwyczajowo często zwiemy ulicą, a która ulicą nie jest, są w jakimś sensie martwe. A z pewnością nie niosą w sobie tej atrakcyjności, żywotności i różnorodności, którą spotkać można w tych częściach naszych historycznych miast, których racjonalna myśl planistyczna i urbanistyczna nie śmiała tknąć lub z przyczyn na przykład ekonomicznych tknąć nie zdołała.

Nie ulega wątpliwości, że pomimo szeregu słusznych i potrzebnych uregulowań nie udało się ani stworzyć nowej, kompleksowej koncepcji planowania miasta, ani też koncepcji jego racjonalnego rozwoju. A tego, zdawałoby się, wymagają ambitne czasy, nacechowane świadomością działania ludzi sprawujących kontrolę nad postępami cywilizacji i rozwojem społeczeństw. Tkwimy w systemie planistyczno-urbanistyczno-architektoniczno-budowlanym, który dławi, ogranicza, narzuca, zakazuje, zubaża i w efekcie niejednokrotnie utrudnia lub uniemożliwia wykorzystanie potencjału niejednej lokalizacji, części lub całości miasta. Powstaje twór kaleki, który sprawia, że często spoglądamy w stronę miasta historycznego, wciąż definiującego naszą miejską tożsamość.

Może więc istota tego, co nazywamy miastem żywym i przyjaznym, miastem, w którym można znaleźć swoje miejsce do życia, z którym chcemy się identyfikować, leży gdzieś w sferze położonej poza systemem. Miasto jest bowiem terenem konfliktów, ścierania się różnych sił i racji. I co najważniejsze – ich rozwiązywanie potrafi przynieść ewenementy, których zaplanować nie sposób. Co więcej, to, co nieraz budzi grozę i sprzeciw, z czasem może przemienić się w zachwyt lub stać się dominantą przestrzenną – tak było w przypadku Wieży Eiffla czy piramidy w Luwrze, a podobnie może się dziać z Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie. Miasta historyczne wydają się pokryte tysiącami blizn po konfliktach, których doznały w trakcie rozwoju – zbyt wąskimi i krętymi ulicami, budowlami blokującymi przeprowadzenie tras komunikacyjnych, zrujnowanymi parkami i wyburzonymi pod parki zespołami zabudowy, osiami dziś podziwianych założeń, które zrujnowały życie tych, których domy stanęły na drodze ich wytyczania. I musimy przyznać, że dopiero takie miasto smakuje.

Marzyć wolno
Projektując i budując, marzymy więc o mieście, w którym ulice i place są wyraźnie zdefiniowane, a ich funkcję dyktuje życie, bo to usługi przynależne do ulic czynią je atrakcyjnymi i żywymi. O mieście, w którym są miejsca publiczne, miejsca spotkań, zabaw, manifestacji i uroczystości, w którym znajdują się publiczne budowle, a czasem budowle, których w planach nie udało się przewidzieć, ale udało się je wznieść. O mieście, w którym nie ma obszarów monokultury funkcjonalnej, jaką potrafią tworzyć osiedla lub dzielnice biurowe. O mieście, którego nie dezintegrują trasy infrastruktury i węzły drogowe – pomniki sprawnej komunikacji.

Działamy w strefie konfliktów nie tylko zrodzonych w wyniku ścierania się różnych interesów, które pogodzić próbuje polityka miejska, ale również w strefie konfliktu między tą polityką a marzeniami, między ograniczeniami planowania a tym, co przynosi bogatsze od regulacji życie, jak również wyobraźnia uwolniona od rygoru planów, przepisów, norm…

Nie jesteśmy w stanie zastąpić upływu czasu i budować nowego miasta, znaczonego śladami swojej historii. Możemy jednak budować miasto wrażliwe – takie, w którego powstawaniu zachowane są z jednej strony niezbędne regulacje i standardy, ale jednocześnie w którym są one weryfikowane i, gdy zachodzi potrzeba, uchylane wszędzie tam, gdzie bezduszna regulacja zawodzi.

Potrzebujemy aktywnej polityki miejskiej i elastycznego, modyfikowalnego systemu planowania. Potrzebne jest nam prawo modyfikacji normy i standardu. Tkwiąc w okowach planowania, które staje się miejscowym, praktycznie nieweryfikowalnym i niezmienialnym prawem, pozbawiamy się podstawowych narzędzi budowania miasta wrażliwego – kształtowanego zgodnie ze zweryfikowanymi w czasie potrzebami i standardami, a nie z tymi, które mimo błędnego ustanowienia stały się prawem. I dotyczy to nie tylko planowania, lecz także projektowania i wznoszenia budynków, a szerzej – wszelkiej materii polityk miejskich.

Co wynika z tej konstatacji? Dla dnia codziennego zaledwie tyle, że warto próbować mieć świadomość swej roli w procesie, w którym się uczestniczy – nawet wtedy, gdy jest ona bardzo ograniczona. Świadomość miasta jest ważna tyleż dla jego planowania, ile dla każdego zadania projektowego, dla właściwego pojmowania kontekstu, skali czy funkcji materiału. Ale też świadomość pozwala na włożenie nogi w drzwi wszędzie tam, gdzie może to przynieść realizację marzeń, a marzenia – wbrew pozorom – są źródłem odpowiedzialności za to, co się robi.