Osobowość (w) przestrzeni
Sztuka może stać się elementem tożsamości miejsca lub firmy. Potrafi wyrażaćidee, wartości czy sposób myślenia zleceniodawcy – mówi dr hab. PawełMaksymilian Orłowski, twórca rzeźb monumentalnych , które można spotkaćw obiektach użyteczności publicznej i założeniach mieszkaniowych.
Paweł Maksymilian Orłowski
Paweł Kaliński: Na osiedla, do biurowców i apartamentowców wraca rzeźba monumentalna.
Jak Pan, jako artysta, widzi rolę sztuki w tych przestrzeniach – półprywatnych, półpublicznych?
Paweł Maksymilian Orłowski: Rzeźbę monumentalną od zawsze postrzegam jako łącznik między architekturą a człowiekiem. Niejako wbrew nazwie ona wprowadza do przestrzeni ludzką skalę. Gdy stoimy przed fasadą dużego budynku, rzeźba mierząca cztery czy pięć metrów staje się dla nas naturalnym punktem odniesienia.
Z mojej perspektywy jako rzeźbiarza sztuka przede wszystkim kreuje tożsamość danej przestrzeni, staje się elementem kultury i dziedzictwa, zapisuje się w pamięci zbiorowej. Gdy tworzę rzeźbę monumentalną, zawsze myślę o miejscu, z którym to dzieło będzie związane. Szukam znaczeń i odniesień historycznych, aby moje prace o nich opowiadały.
Podobną rolę rzeźba odgrywała już wcześniej. Przez wieki towarzyszyła kościołom czy pałacom, współtworząc ich znaczenie oraz charakter. I czyni to nadal. Wystarczy spojrzeć na największe miasta – Berlin, Rotterdam, Amsterdam, Nowy Jork, Londyn czy Paryż – gdzie współczesna rzeźba od lat stanowi integralną część otoczenia biurowców, placów i budynków publicznych.
P.K.: A jaką rolę takie realizacje odgrywają z perspektywy mieszkańców, pracowników czy przechodniów?
P.M.O.: Architektura, zwłaszcza współczesna, bywa minimalistyczna, a czasem wręcz chłodna w odbiorze. Rzeźba czyni ją bliższą człowiekowi, zachęca do zatrzymania się oraz doświadczenia architektury w bardziej osobisty sposób.
Sprawia też, że mieszkańcy czy użytkownicy zaczynają się identyfikować z określonym budynkiem lub założeniem. Sprzyja budowaniu więzi emocjonalnej z przestrzenią i rodzeniu się tożsamości lokalnej. Z czasem staje się bardziej lub mniej oficjalnym symbolem danego miejsca, jego rozpoznawalnym znakiem. Wtedy stanowi już dobro publiczne.
Ma ona także bardzo praktyczny wymiar. Zamienia się w punkt orientacyjny w przestrzeni. Lubimy rzeźby w przestrzeni, bo ułatwiają nam życie.
P.K.: Czy inwestorów zainteresowanych włączaniem sztuki do swoich inwestycji wyraźnie przybywa, czy nadal są to raczej pojedyncze, choć bardzo widoczne przypadki?
P.M.O.: Zdecydowanie przybywa. Coraz częściej spotykam się również z prywatnymi kolekcjonerami czy instytucjami zainteresowanymi monumentalnymi rzeźbami – nie tylko przeznaczonymi do przestrzeni publicznej, ale także na prywatne posesje i do kolekcji sztuki.
P.K.: Co nimi kieruje?
P.M.O.: Coraz więcej osób dostrzega, że sztuka może stać się elementem tożsamości miejsca lub firmy. Potrafi wyrażać idee, wartości czy sposób myślenia zleceniodawcy. Wnosi do przestrzeni wymiar kulturowy i duchowy, którego nie da się zastąpić samą architekturą. Gdy np. tworzyłem cykl „Pink Bot”, dla nabywców najistotniejsze były zapisane w nim idee równości, szacunku do drugiego człowieka, niezgody na dyskryminację. Taka rzeźba, ustawiona przed siedzibą firmy czy instytucji, jest widocznym z daleka manifestem wyznawanych tam wartości.
P.K.: To chyba znaczy, że świadomość inwestorów rośnie.
P.M.O.: Widzę to wyraźnie. Znaczenie ma dla nich nie tylko estetyka, ale również jakość dzieła, jego kontekst i przekaz, jaki ono niesie. Jako artysta i profesor rzeźby na krakowskiej ASP poświęciłem jej życie. Dziś też uczę młodych twórców, że sztuka jest sposobem rozumienia rzeczywistości, stawiania pytań i wpływania na debatę społeczną. Z drugiej strony widzę i słyszę, że w ocenie inwestorów sztuka się opłaca, choć nie zawsze należy mierzyć tę korzyść wyłącznie pieniędzmi. Rzeźba monumentalna może zwiększać rangę inwestycji, ale przede wszystkim buduje jej tożsamość i wnosi trwałą wartość kulturową oraz społeczną.








P.K.: Jedną z pierwszych Pana realizacji monumentalnych dla prywatnego inwestora był cykl „Transformacja” w niszach parteru biurowca Prosta Tower w Warszawie. O czym mówi ten zespół?
P.M.O.: Pięć ponaddwumetrowychrzeźb z brązu tworzy jedną kompozycję, którą można odczytywać na dwa sposoby. Idąc od lewej do prawej, widzimy proces przechodzenia od form prostych do coraz bardziej złożonych. Równie dobrze można rozpocząć tę opowieść od drugiej strony, jako drogę od złożoności do uproszczenia. Zależało mi na tej otwartości interpretacji. Rzeczywistość ulega ciągłej transformacji, a jej kierunek nie zawsze jest jasny. Inwestor, Mariusz Książek, doskonale rozumiał znaczenie przemian, jakie zachodziły wtedy w stolicy i w całej Polsce. W pewnym sensie ta grupa rzeźb stała się ich metaforą.
P.K.: Z kolei do najnowszych Pana prac należy „Czas”, zrealizowany dla NOHO N14 w Katowicach, w sąsiedztwie Muzeum Śląskiego. Jaka myśl się tu zmaterializowała?
P.M.O.: Choć sama forma rzeźby pozostaje abstrakcyjna, można odczytać w niej energię postaci poruszającej się naprzód. Nie jest ona jednoznacznie zdefiniowana, ale wyraźnie odczuwamy ruch i dynamikę. Tak właśnie odbieram współczesne Katowice i cały Górny Śląsk – przestrzeń dynamicznych, wręcz rewolucyjnych przemian, przejścia od przemysłu ciężkiego do nowoczesnych form życia, pracy i kultury. „Czas” jest próbą uchwycenia tej energii.
P.K.: A o czym mówi „Piękna Mańka” z krakowskich Dolnych Młynów?
P.M.O.: W Polsce wciąż mamy zbyt mało pomników i rzeźb poświęconych zasłużonym kobietom, a właśnie w fabryce tytoniowej na Dolnych Młynów jeszcze w okresie zaborów doszło do jednego z pierwszych strajków kobiet na ziemiach polskich. Dla mnie „Piękna Mańka” – postać historyczna, ale i owiana legendą ukutą jeszcze w okresie Młodej Polski – stała się symbolem odwagi, niezależności i walki o godność. Gdy pracowałem nad tą rzeźbą, miałem w głowie „Wolność wiodącą lud na barykady” Delacroix. W pewnym sensie „Piękna Mańka” jest współczesną interpretacją tamtego archetypu kobiety – świadomej własnej siły i swojej roli w historii. Chciałbym, aby przypominała nie tylko o przeszłości
Dolnych Młynów, ale także o wkładzie kobiet w przemiany społeczne, które ukształtowały współczesną Europę.
P.K.: Po czym poznaje Pan, że rzeźba przestała być jedynie dodatkiem do inwestycji, a stała się integralną częścią krajobrazu?
P.M.O.: Na początku mieszkańcy czy użytkownicy podchodzą do niej z ciekawością, oglądają ją, robią zdjęcia, wchodzą z nią w interakcję, niejednokrotnie też krytykują. Z czasem oswajają się z jej obecnością, a ona staje się naturalnym elementem ich codzienności.
Przełomowy moment to ten, gdy zaczynają mówić: „nasza rzeźba”. Na parterze kamienicy koło Placu Trzech Krzyży w Warszawie, w nieużywanej dziś oszklonej stróżówce, stoi moja rzeźba, w zasadzie widoczna tylko dla mieszkańców i ich gości. Ostatnio zobaczyłem w mediach społecznościowych taki wpis: „Ale czad, ktoś mi postawił rzeźbę Orłowskiego u mnie w kamienicy, a ja widziałem ją ostatnio w Muzeum Śląskim”. Dla mnie najważniejsze w tym było słowo „mi”. To ważne i bardzo satysfakcjonujące uczucie utwierdza mnie w przekonaniu, że moja praktyka artystyczna ma sens.
P.K.: W swojej twórczości wykorzystuje Pan niezwykle szeroki wachlarz materiałów – od brązu, żeliwa i stali po ceramikę czy wiklinę. Jednocześnie na etapie projektowym korzysta Pan z nowoczesnych technologii cyfrowych. Gdzie kończy się gest ręki rzeźbiarza, a zaczyna współautorstwo technologii?
P.M.O.: Moim zdaniem relacja sztuki i technologii jest stara jak świat. W każdej epoce postęp otwierał nowe możliwości twórcze. Artyści zawsze chętnie przejmowali nowe technologie i nadawali im sens kulturowy, bywało też, że inspirowali działania inżynierów. Rozwój odlewnictwa dawał coraz szersze możliwości rzeźbiarzom, camera obscura wpłynęła na malarstwo, różne rodzaje łuków umożliwiły realizację śmiałych wizji architektonicznych.
Dzisiaj pojawiają się kolejne technologie cyfrowe i one również otwierają nowe możliwości twórcze. Nie postrzegam ich jako zagrożenia dla sztuki, ale jako naturalną kontynuację procesu, który trwa od wieków. Zwłaszcza że na styku wyobraźni i technologii powstają najciekawsze dzieła.
P.K.: Wspomniał Pan o „Botach”. Prezentowane m.in. przy Elektrowni w Radomiu i w ogrodach Pałacu w Wilanowie zdobyły duży rozgłos. Kogo w nich widzimy?
P.M.O.: Odpowiedź na to pytanie przyniesie dopiero czas. Sam jestem ciekaw, czy „Boty” ostatecznie staną się symbolem współczesnego człowieka, czy raczej programów komputerowych, które coraz skuteczniej naśladują człowieka. Dla mnie nie są ani jednoznacznym ostrzeżeniem, ani pochwałą technologii. Stanowią raczej próbę uchwycenia momentu wielkiej cywilizacyjnej zmiany, której wszyscy jesteśmy świadkami.
Pracę nad tym cyklem rozpocząłem około 2010 roku, kiedy czatboty oparte na myśleniu maszynowym dla większości ludzi były jeszcze zjawiskiem zupełnie nieznanym. Zastanawiałem się wtedy, jak można zobrazować program komputerowy, który udaje człowieka. Intuicja mówiła mi, że stoimy u progu ogromnej zmiany i że takich systemów będzie coraz więcej.
Tak narodziła się myśl o postaci zbudowanej z geometrycznych płaszczyzn – formie przypominającej człowieka, ale jednocześnie wyraźnie nieludzkiej. Dzisiaj każdy z nas korzysta z botów i sztucznej inteligencji praktycznie każdego dnia. Stały się częścią naszej codzienności. Gdy zaczynałem ten projekt, przejście testu Turinga przez maszynę wydawało się czymś jeszcze niemożliwym. To, jak dziś wiemy, błyskawicznie się zmieniło.
P.K.: Gigantów z serii „Pink Bot”, o której mówił Pan w kontekście równości płci, wyróżnia intensywna barwa. Skąd ta decyzja?
P.M.O.: Od dawna uważam, że rzeźba nie powinna bać się koloru. Wystarczy przypomnieć sobie starożytną Grecję – obiekty, które dziś znamy jako białe marmury, były pierwotnie intensywnie polichromowane. Barwa stanowiła ich integralną część.
Chciałbym do tej tradycji powrócić. Dla mnie kolor nie jest dekoracją, lecz nośnikiem emocji, znaczeń i idei. Potrafi całkowicie zmienić sposób odbioru bryły. W tym cyklu niósł idee braku dyskryminacji ze względu na płeć, tolerancji i liberalizacji praktyk wynikających ze schematów społeczno-kulturowych.
P.K.: Przez wiele lat rozwijałPan charakterystyczny językgeometrii. Ostatnio zaskoczył Pan wystawą „To nie jestforma”, prezentując organiczneobiekty inspirowane testamiRorschacha oraz technologiądmuchania stali. Skąd tazmiana kierunku?
P.M.O.: Mój wcześniejszy język artystyczny był już rozpoznawalny, ale czułem potrzebę pójścia dalej i zadania sobie nowych pytań. Coraz mniej interesuje mnie sam obraz rzeczywistości, a coraz bardziej wnętrze człowieka, jego psychika, stany emocjonalne. Żyjemy w rzeczywistości przesyconej obrazami, technologią i informacjami. Doświadczenia ostatnich lat, takie jak pandemia, wojna w Ukrainie czy gwałtowny rozwój sztucznej inteligencji, pokazały, że to właśnie ludzka psychika jest dziś wystawiana na największą próbę.
Artysta powinien być czułym instrumentem. Reagować na zjawiska, które dopiero zaczynają się ujawniać, i podejmować próby nazwania tego, czego społeczeństwo jeszcze nie potrafi opisać. Dlatego sam nie szukam jednej definicji tej wystawy. Być może właśnie jej otwartość jest najciekawsza. Poza tym myślę, że dojrzałem czy nawet dorosłem do tego, aby zająć się człowiekiem nie w sensie fizycznym, materialnym, cielesnym, ale aby zajrzeć w jego głąb. Myślę, że stałem się na to gotowy.
Nie bez znaczenia jest również fakt, że testy Rorschacha, które stały się inspiracją dla tego cyklu, zostały opublikowane po raz pierwszy w 1921 roku. Minęło ponad sto lat, a pytania o ludzką psychikę wydają się dziś równie aktualne jak wtedy. Być może historia rzeczywiście zatacza koło.
P.K.: Czy rzeźby z tego cykluwyobraża Pan sobie w przestrzeniosiedla, lobby lub dziedzińca? Czy inwestorzy wydają się gotowina ich niejednoznaczność?
P.M.O.: Tego nie wiem, ale wyobrażam sobie taki projekt. W cyklu „Anti-forms” znalazły się obiekty o monumentalnej skali. Jednak przede wszystkim traktuję go jako początek nowego etapu swojej twórczości. Doprowadził mnie on do kolejnego, pod tytułem „Metamorf”, nad którym obecnie pracuję. Zaplanowałem serię ponad czterdziestu stalowych obiektów o wysokości około dwóch i pół metra.
P.K.: Jaka refleksja towarzyszytemu cyklowi?
P.M.O.: Interesuje mnie paradokswspółczesności, samotność przeżywana w tłumie. Każda z tych „Metamorf” jest odrębnym bytem, ale dopiero razem tworzą całość. Mam nadzieję, że właśnie ta wieloznaczność stanie się siłą projektu. Nie chciałbym podawać gotowych odpowiedzi. Znacznie bardziej interesuje mnie sytuacja, w której odbiorca sam odnajduje własne znaczenia. To o nie pyta rzeźba wyeksponowana w przestrzeni publicznej czy półpublicznej, wbrew pozorom nawet ta najbardziej figuratywna.
Archiwum: Paweł Maksymilian Orłowski



