Stopklatki z życia ptaków

Tak samo jak w budownictwie główną rolę gra tu determinacja.Niezbędna jest cierpliwość, której sprzyja adrenalina – coś, co nie każdemu będzie się kojarzyć z wielogodzinnym czatowaniem w ciszy na idealne ujęcie. O swojej pasji fotograficznej opowiada Jerzy Werle, wieloletni prezes Warbudu.

Paweł Kaliński: Na łamach „Buildera” występował Pan dotąd przede wszystkim jako prezes Warbudu, menedżer i przedstawiciel branży. Gdybyśmy tym razem mieli przedstawić Pana jednym zdjęciem – jako autora – jaki kadr wybrałby Pan na początek tej rozmowy?
Jerzy Werle:
Najlepszym kadrem byłby taki z interakcją ptaków czy – szerzej – zwierząt. Bo te tematy na niwie zarówno przyrodniczej, jak i fotograficznej fascynują mnie już od młodych lat.

P.K.: Pańskim pierwszym aparatem, jak czytałem, był Zenith TTL z obiektywem 1000 mm.
J.W.:
Czyli radziecki aparat ze „światłem” 11. Jak ktoś się interesuje fotografią, wie, że to fatalne „światło” (śmiech). I obiektyw nie miał metra, tylko 30 cm, światło załamywało się w obiektywie – jak to w lustrzance. Za czasów studenckich jeździłem małym Fiatem 126p. Stawiałem auto na skraju
kompleksu, który dziś znamy jako Biebrzański Park Narodowy.

Przykrywałem samochód gałęziami – i tak powstawała czatownia do fotografowania ptaków. Mam z tamtej epoki kilkadziesiąt bardzo dobrych zdjęć, choć nie są tak wysokiej jakości jak współczesne. Wśród nich pierwsze udane zdjęcie trznadla, które wywołałem ze slajdu i ofiarowałem mojej ówczesnej dziewczynie, a dzisiejszej małżonce. Nie jestem pewien, czy ten prezent bardzo ją ucieszył, ale ja byłem
ogromnie dumny.

P.K.: Na prezentowanie fotografii szerszemu gronu zdecydował się Pan jednak niedawno.
J.W.:
Wcześniej tworzyłem książki fotograficzne, w pojedynczych egzemplarzach – do pokazywania najbliższym. Wydrukowaną fotografię ogląda się znacznie lepiej niż obraz na komputerze. Na Facebooku i Instagramie też pokazuję zdjęcia, ale artyzm fotografii widać dopiero na dobrym papierze.

A do urządzania wystaw namówiła mnie synowa. Zachęciła, żeby podejmować rozmowy z instytucjami. Szczególnie cenię prelekcje w szkołach. Uczniowie to wdzięczne audytorium. Spotkania z nimi dają mi nadzieję, że ktoś z tych młodych ludzi zainteresuje się bliżej naturą i ochroną przyrody.

To dla mnie ważniejsze niż sama fotografia. W trakcie tych prelekcji staram się pokazać po kilka gatunków, nauczyć rozpoznawania ich po wyglądzie i po głosie. Kiedy miałem kilka lat, właśnie w taki sposób rozbudzono we mnie dzisiejszą pasję. Jeśli to samo uda mi się z kilkorgiem młodych ludzi,
będzie to ogromny sukces – choć pewnie sam się o tym nie dowiem.

P.K.: W budownictwie wiele wysiłku wkłada się w to, żeby proces przebiegał zgodnie z planem. Fotografując dziką przyrodę, można przygotować niemal wszystko, a i tak decydują zwierzę, światło i przypadek. Jak odnajduje się Pan w sytuacji, której nie można kontrolować?
J.W.:
I tu, i tu ważna jest determinacja. Ale rzecz jasna w przypadku fotografii kluczową rolę gra łut szczęścia. Możemy znać gatunek, jego zachowania, wiedzieć, gdzie spotkać osobniki, ale de facto ptak musi się pojawić w danym miejscu i w odpowiednim świetle – nie przed świtem czy po zachodzie
– i jeszcze zaprezentować się w sposób wart pokazania odbiorcy.

Niezbędna jest też cierpliwość. Nie można się zniechęcać. Niejeden dzień spędziłem w czatowniach, a nie zrobiłem żadnego zdjęcia, bo albo nie było dobrego obiektu, albo światła. Jednak jak ktoś się czymś pasjonuje, to cierpliwość rodzi się sama. A adrenalina, która z cierpliwością się przecież nie kojarzy,
też pomaga.

P.K.: Czy nauczył się Pan dzięki fotografowaniu odczytywać zachowania ptaków w taki sposób, że czasem wie Pan sekundę wcześniej, co się za chwilę wydarzy?
J.W.:
Największą pomocą jest doświadczenie. Swoje budowałem przez dekady. Wiem, że dziś organizowane są kursy fotografii przyrodniczej. Programy obejmują i technikę fotografii, i etykę, i przygotowanie do dobrego kadru – chodzi na przykład o rozpoznawanie, że ptak siadający na gałęzi szykuje się do polowania, że w pobliżu samicy pojawia się samiec, że do dziupli zbliża się rodzic, bo z niej rozlega się coraz większy hałas. Młodzi fotografowie mogą z tej wiedzy korzystać, kursy zwracają na to ich uwagę, i dobrze. Ja się tego uczyłem przede wszystkim sam.

P.K.: Jest jakiś gatunek albo rodzaj zachowania, który szczególnie trudno Panu fotografować – bo stale wymyka się temu obrazowi, którego Pan szuka?
J.W.:
Mam takie dwa gatunki, to głuszec i puszczyk mszarny. Puszczyki fotografowałem niejednokrotnie, ale nie mam kadru, który by mi samemu bardzo się podobał. Wkrótce będę się wyprawiał na nie w Skandynawii. Tam żyje ich najwięcej, poza tym one są niepłochliwe, więc to łatwiejsze zadanie. Do tego w krajach Północy dochodzi śnieg w tle i interesujące oświetlenie.

Głuszec to trudniejsza sprawa. Już w przeddzień fotografowania, około osiemnastej, trzeba się położyć w miniczatowni, właściwie pod pałatką – namiotem bez podłogi – i przez wiele godzin leżeć nieruchomo, żeby ich nie wystraszyć. Te ptaki przylatują wieczorem, przeważnie po dziewiętnastej, i siadają na drzewach, a na długo przed świtem zaczynają toki.

Wtedy czeka się, by głuszec podszedł w miarę blisko. I żeby pojawiło się interesujące światło, na przykład przebijające się z tyłu i przechodzące przez jego rozłożysty ogon. Taki kadr mi się marzy. Ale to wymaga bardzo dużo zapału i cierpliwości.

P.K.: Co Pańskim zdaniem odróżnia dobre zdjęcie przyrodnicze od fotografii, którą naprawdę chce Pan pokazać innym?
J.W.:
Każde zdjęcie można różnie interpretować. Myślę jednak, że fotografia powinna coś mówić. Piękne ujęcie może zachwycać estetycznie – i to też lubię. Ale szczególnie lubię fotografie, które opowiadają jakąś historię.

Mam takie dwie ulubione. Jedna to panorama z Puszczy Białowieskiej, ze stogiem siana pod drewnianym dachem zwanym brogiem, dwiema łaniami oraz ryczącym jeleniem, a zaraz obok – żubr. Nieczęsto da się spotkać jelenia obok żubra, i to jeszcze przed świtem, w obłoku mgły. To fotografia, która rzeczywiście opowiada. Jest tu też element środowiska, miejsca niezwykle ciekawego – pomijając zwierzęta, które się tu zgromadziły. Bo rykowisko w ogóle jest fascynującym zjawiskiem.

A drugi kadr to szereg czapli białych i mewy lecące nad nimi na kompletnie czarnym tle. Poetycko można powiedzieć, że opowiada o tym miejscu – o Stawach Milickich.

P.K.: Jak Pan sam wspomniał na wstępie, w Pańskich fotografiach pojawiają się nie tyle same zwierzęta, co zdarzenia: toki, walki, polowania, karmienie młodych. Jakie wątki tego rodzaju fotografii są Panu najbliższe?
J.W.:
Każde zachowanie, każda interakcja jest ciekawa. Ale dla mnie w fotografii przyrodniczej najważniejsze jest, by było widać, że zwierzęta zachowują się naturalnie. Że nie ma w nich strachu przed człowiekiem czy zdenerwowania. Jak wtedy, gdy sieweczka obrożna symuluje złamane skrzydło, by odciągnąć człowieka od swojego gniazda uwitego na ziemi. Takie zachowanie zwierzęcia to dla mnie sygnał, aby się wycofać.

P.K.: Czasem zrobienie niezwykłego zdjęcia musiałoby oznaczać zbyt dużą ingerencję w zachowanie zwierzęcia. Czy istnieją tu konkretne granice etyczne?
J.W.:
W Polsce problem jest taki, że ilu fotografów, tyle stanowisk. Są tacy, którzy twierdzą, że fotografowanie z czatowni jest nieetyczne. Tymczasem ja uważam, że większą szkodę czyni fotografowanie z podchodu – bo w takim przypadku płoszenie ptaka jest bardzo prawdopodobne. Fotografowanie z czatowni minimalizuje to ryzyko. A zarzut wobec czatowni dotyczy przede wszystkim „dokarmiania” ptaków. Odpowiadam: jeśli to ilość, która nie wystarczy nawet do tego, by ten ptak przeżył jeden dzień, to nie ma szkody. A co z infrastrukturą tworzoną przez człowieka? Ptaki drapieżne wykorzystują autostrady do polowania na przebiegające przez nie drobne zwierzęta, doskonale widoczne na tle asfaltu. Śmietniska też są wielkimi karmnikami. Analogiczne przykłady można by mnożyć.

Wydaje mi się, że środowisko fotografów przyrody, które kocha przyrodę i zrobi wszystko, by ją chronić, musi rozmawiać ze sobą. I zajmować się rzeczywistymi wyzwaniami. Choćby doprowadzić do zakazania polowań na kaczki, których jest w Polsce zastraszająco mało, bo myśliwy nie rozróżni gatunków jeszcze w miarę liczebnych od naprawdę rzadkich. Podobnie – zabronić polowania na jelenie w okresie rykowiska. Zakazać polowań przy użyciu noktowizorów. Nie można kruszyć kopii o drobiazgi, gdy na rozwiązanie czekają prawdziwe problemy.

P.K.: Z kolei później – gdzie Pańskim zdaniem przebiega granica ingerencji już po wykonaniu zdjęcia?
J.W.
: Najważniejsze, by fotografia jak najbardziej oddawała to, co widziało oko. Rozjaśniam czy przyciemniam całe zdjęcie, ale nie usuwam ani nie dodaję elementów – bo to już nie jest fotografia. Jedynie usuwam szumy ze zdjęcia, czyli „ziarno” według nomenklatury z fotografii analogowej. AI pomaga ograniczyć lub wręcz usunąć szum. Wtedy zdjęcie bardziej przypomina to, co się widziało.

P.K.: Przez lata odpowiadał Pan za ogromne zespoły. Fotograf przyrody jest natomiast często sam: sam wybiera miejsce, czeka, obserwuje, a później sam decyduje, które z setek klatek mają znaczenie. Jak Pan postrzega tę samotność procesu twórczego?
J.W.
: Rzeczywiście, osiemdziesiąt procent czasu spędzam przy tej pasji sam. Zdarzają się wyjazdy w grupach, maksymalnie w sześć osób, kiedy w poszczególne miejsca ruszamy we dwie, trzy osoby. Ale i tak w czatowni nie można się odzywać, nie można też słuchać muzyki. Cóż, każda pasja wymaga wyrzeczeń i poświęceń. Dlatego też w swojej karierze fotograficznej przeżywałem różne okresy. Gdy dzieci były małe, gdy rosły wyzwania zawodowe – nie miałem wiele przestrzeni dla fotografii. Ale teraz, na emeryturze, też staram się znaleźć balans między samotniczym fotografowaniem a czasem z najbliższymi.

P.K.: Jedna z Pana wystaw odbyła się w Fabryce Norblina, a więc miejscu, którego realizacja była wcześniej związana z Warbudem. Jakie to uczucie: wrócić do przestrzeni znanej z poprzedniego zawodowego życia, ale tym razem podpisać się pod czymś wyłącznie własnym?
J.W.:
Ogromna satysfakcja. Myślę, że budowlańcy to szczęśliwi ludzie, bo na co dzień mogą być dumni z tego, co zrobili. Kiedy w Warszawie lub innych miastach Polski widzę obiekty zrealizowane przez firmę, w której pracowałem i którą przez pewien czas kierowałem, czuję dumę. To samo tutaj, choć z zupełnie innej perspektywy mogłem zobaczyć i docenić Fabrykę. Jestem wdzięczny inwestorowi, że mi to umożliwił.

P.K.: Pokazywał Pan zdjęcia w przestrzeni muzealnej i miejskiej, ale również podczas autorskiego spotkania „Ptaki północy” z innymi pasjonatami.
J.W.
: Tu podziękowania dla Irka Graffa. Na widowni Centrum Promocji Kultury zasiedli fotografowie, były też osoby niezwiązane ani z przyrodą, ani z fotografią, ale zainteresowane tymi obszarami. Oczywiście każdy fotograf bardzo się cieszy, gdy pokazuje zdjęcia i słyszy, że innym się podobają. Ale tutaj bardzo ważny był dla mnie przekaz dotyczący etyki fotografowania. Gronu zebranych na „Ptakach północy” mogłem przekazać swoje poglądy na ten temat.

P.K.: Czy czuje się Pan dziś bardziej fotografem przyrody, przyrodnikiem posługującym się aparatem, czy podróżnikiem, który za pomocą fotografii opowiada o tym, co zobaczył?
J.W.:
Można powiedzieć: trzy w jednym. Odbywam podróże w stu procentach poświęcone fotografowaniu ptaków, ale są i takie – gdy jadę z rodziną, a zwłaszcza z wnukami – podczas których ta moja pasja ma niewielką przestrzeń. Bywa, że wyjazd zaczyna się częścią fotograficzną, a później dolatuje żona i wtedy skupiamy się na architekturze oraz malarstwie, bo to moje kolejne zamiłowania. W każdej podróży te trzy elementy są we mnie, tylko ujawniają się w różnych proporcjach.

P.K.: Na jakie zdjęcie wciąż Pan czeka?
J.W.:
W tym roku spełniłem w Ugandzie marzenie o lepszych kadrach trzewikodzioba. Moje dzieci paręnaście lat temu nazwały go „pterodaktylem”. Wróciłem tam, by mieć lepsze ujęcia.

Jest wiele gatunków, które chciałbym sfotografować. Choćby rajskie ptaki na Papui. Byłem tam z rodziną dwa razy, ale czuję niedosyt i marzy mi się wyprawa poświęcona głównie fotografowaniu tych ptaków. Żyją tam też ciekawe plemiona, które odwiedziliśmy, więc nie było wystarczającej ilości czasu na fotografowanie fauny. Są też w planach inne podróże: Japonia oraz kraje Ameryki Środkowej i Południowej.

Plany mam duże. A gdy jedne marzenia spełniam, w głowie rodzą się kolejne. Dla pasjonata to nieprawda, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu.


Archiwum: Jerzy Werle