Pot, beton i trochę rdzy

Rude włosy, ruda broda. Każdy architekt wie, co dzieje się z niezabezpieczonym żelazem. Korozja postępuje, patyna narasta. Ale właśnie ta rdza przypomina mi, że przeszedłem hartujący proces.

Przemo Łukasik, Medusa Group

Na co dzień jestem architektem w Medusa Group. W rzeczywistości oznacza to, że codziennie, razem z zespołem, wchodzimy na ring, by rozwiązywać rebusy, które stawiają przed nami nasi inwestorzy,
urzędy, a czasem po prostu ziemska grawitacja. To fascynująca robota, kocham ją, ale umówmy się – to też nieustanny stres, odpowiedzialność i gaszenie pożarów, zanim ktoś zauważy dym. Po godzinach
próbuję być synem, mężem i ojcem. Kluczowe słowo: „próbuję”. To mój prywatny triathlon, który uprawiam na co dzień i w którym rzadko udaje mi się stanąć na podium, a strefa zmian jest ciągle za długa i zabałaganiona.

Więcej niż hobby
W tym zawodowym i życiowym kotle potrzebowałem wentyla bezpieczeństwa, czegoś, co pozwoli spuścić ciśnienie, da szansę na refleksję, nabranie dystansu do codziennych problemów. Kilkanaście lat
temu, kiedy życie najbliższej mi osoby stanęło na ostrym życiowym wirażu, potrzebowałem czegoś więcej niż tylko hobby. Gdy tracisz kontrolę nad tym, co dzieje się w domu, szukasz bólu, który możesz
kontrolować. Padło na triathlon.

„Anything is possible” – ten slogan Ironmana brzmi jak tanie hasło z Instagrama, dopóki naprawdę nie przyciśnie cię życie. Wtedy chwytasz się go jak tonący brzytwy. Nie wiedziałem, na co się piszę,
ale czułem, że muszę przepalić ten strach i zwątpienie w głowie i mięśniach. Wychodziłem na basen, na rower, na wielokilometrowe wybiegania – nie po medale, lecz po to, by pokazać jej, ale i sobie, że dopóki
walczysz, niemożliwe staje się czymś więcej niż tylko nadzieją.

Przebiegłem kilka maratonów, zrobiłem kilka „połówek”, ukończyłem pełne dystanse. Kilkakrotnie dobiegałem do mety i słyszałem to słynne: „You are an Ironman”, ale najważniejsze było to, że ona też tam była. Widziała, że naprawdę wszystko jest możliwe. Udało się nam.

Dopiero kontuzja położyła kres latom bycia „z żelaza” i skłoniła mnie do rezygnacji ze startów w zawodach. Ale nie zabiła ruchu. Podobnie jak moją rudą brodę – moje mozolnie wykuwane „żelazo” pokryła korozja. Szosę zamieniłem na gravel, by poza asfaltami szukać wyzwań na szutrach.

A buty biegowe? Wciąż są w użyciu, choć tempo i cel trochę się zmieniły. Dziś moim najtrudniejszym „startem” jest próba dotrzymania tempa mojemu synowi. To wyzwanie większe niż niejeden zaliczony
maraton, ale i satysfakcja, bo kiedy pasję możesz dzielić z najbliższymi, nie liczą się wyniki, cyfry na Stravie, medal, lecz kontakt i wspólne pokonywanie kilometrów podczas porannych treningów.

Szacunek rozwijam w zespole
Ta brutalna lekcja triathlonowej pokory przydaje się w pracowni każdego dnia. Aby uprawiać tę dyscyplinę, musiałem wiele zmienić w swoim życiu. Poukładać nie tylko treningi, tak by nie kolidowały z życiem rodzinnym i zawodowym, żeby dla każdego starczyło czasu, ale i zahartować głowę. Sport potrzebuje konsekwencji, regularności, nie akceptuje chaosu, a on często towarzyszy mojej profesji, bo choć wszystko starasz się poukładać i zaplanować, życie i tak skutecznie koryguje te scenariusze.
Triathlon nauczył mnie, że talent jest ważny, ale bez końskiego uporu i żelaznej konsekwencji nie sposób doprowadzić trudnego wyzwania do mety. Uświadomił mi jeszcze coś kluczowego: w triathlonie cierpisz w samotności własnej głowy, nie możesz chować się w cieniu zawodnika jadącego przed tobą. W architekturze, którą kocham, ciężar rozkłada się na zespół – na szczęście, bo sam tych wszystkich inwestycyjnych „rebusów” pewnie bym nie rozwiązał.

Dziś nie walczę już o życiówki na trasie. Całą tę energię przeniosłem na walkę o nowe, lepsze projekty. Dyscyplinę, porządek i konsekwencję próbuję włożyć w każdy powierzony nam temat. Szacunek, który miałem dla każdego metra w wodzie, na rowerze, biegu i wobec każdego zawodnika, dziś rozwijam w zespole i obdarzam nim moich klientów.

Bezpośrednie spojrzenie
A gdy świat pędzi zbyt szybko, sięgam po aparat. To mój sposób na zatrzymanie chwili, na wyszukanie dobrego kadru w tym całym chaosie. W swoim wizjerze próbuję zatrzymać to, co coraz szybciej umyka. Za najtrudniejsze w fotografii ulicznej uważam bezpośrednie spojrzenie w oczy napotkanego na ulicy człowieka. Nigdy nie płacę, nigdy nie proszę ani nigdy nie fotografuję, jeśli nie życzy sobie tego ktoś, kogo chciałbym sportretować. Czasem dzielą nas kultura, religia i tysiące kilometrów. Czasem język, ale w spojrzeniu zawiera się wszystko. Tam widzę zgodę, wyczuwam zainteresowanie i porozumienie. W nim odbija się świat, który chcę poznać i który szanuję.

Trasa się nie kończy
Tak to teraz wygląda. Na co dzień projektuję stabilne kubatury z betonu, drewna i stali. A prywatnie? Cóż, spójrzcie na mnie: rude włosy, ruda broda. Każdy architekt wie, co dzieje się z niezabezpieczonym żelazem. Korozja postępuje, patyna narasta. Ale właśnie ta rdza przypomina mi, że przeszedłem hartujący proces. Ten triathlonowy podkład przeprowadził mnie przez najciemniejszy okres w życiu, przez podjazdy, które wydawały się nie do pokonania.

Problem w tym, że trasa się nie kończy. Nie wiem, ile jeszcze podjazdów przede mną. Nie wiem, jakie zawirowania przygotowało dla mnie życie, jakie zakręty kryją się za horyzontem. Ale wiem jedno: jeśli triathlon czegoś mnie nauczył, to właśnie tego, że liczy się nie mapa trasy, tylko to, czy wierzysz, że dobiegniesz do mety. Dlatego patrzę na tę swoją rdzawą brodę i trochę ironicznie, a trochę na serio powtarzam sobie i synom: „Anything is possible”.