|

Rewolucja czy dobrze opakowany marketing?

Neuroarchitektura

| FELIETON |

AGNIESZKA KALINOWSKA-SOŁTYS
Architektka, członkini zarządu UN Global Compact Network Poland

Coraz szybszy postęp badań naukowych, zwłaszcza związanych z neurobiologią, psychologią środowiskową czy kognitywistyką, pozwala nam jeszcze lepiej dopasować miasta, budynki i wnętrza do realnych potrzeb użytkowników. Na konferencjach branżowych słyszymy, że to megatrend, który radykalnie zmieni postrzeganie architektury. Czy rzeczywiście?

Architektura jest dziedziną interdyscyplinarną, w której szczególnie istotną rolę odgrywa wiedza związana z funkcjonowaniem człowieka, zaczerpnięta z psychologii, socjologii, biologii czy medycyny. Bez tego trudno byłoby stworzyć dobrze działające miasto, wysokiej jakości budynek czy ergonomiczne i estetyczne wnętrza. Dlaczego to tak ważne? Kto żyje w mieście, ten około 90–95 proc. czasu swojego życia spędza w sztucznie stworzonym środowisku, we wnętrzach.

Przestrzenie zbudowane przez człowieka dają poczucie bezpieczeństwa i komfort. Odbywa się to jednak kosztem ograniczenia kontaktu z naturą, która od zarania dziejów regulowała funkcjonowanie
naszych organizmów. Sztuczne światło i brak wystarczającej ilości słońca zaburzają nasz cykl okołodobowy, co wpływa na układ hormonalny i produkcję witaminy D3. Brak ruchu, izolacja, nadmiar
bodźców, hałas, stres i dieta przeciążają układ nerwowy oraz negatywnie wpływają na stan zdrowia. Ponadto środowisko zbudowane powstaje w znacznej mierze z materiałów mocno przetworzonych,
emitujących niewidoczne, szkodliwe substancje.

Czy zatem rozwiązaniem jest ucieczka z miast i opuszczenie budynków? Zdecydowanie nie. Odpowiedzią musi stać się projektowanie, które przestanie ignorować biologiczne potrzeby użytkownika.

Szerokie wykorzystanie neuronauki
Reakcją ludzkiego organizmu na bodźce zewnętrzne są określone zachowania, które mogą sprzyjać lub szkodzić naszemu zdrowiu i dobrostanowi. Nie ma tu jednak uniwersalnych reguł, bo każdy z nas okazuje się inny – jesteśmy neuroróżnorodni, inaczej działają nasze zmysły, a wraz z wiekiem nasze potrzeby ulegają zmianom. Neuroróżnorodność oznacza naturalne zróżnicowanie ludzkich umysłów, które obejmuje pełne spektrum sposobów działania i rozwoju układu nerwowego. Badania pokazują, że około 15–20 proc. populacji jest neuroatypowe. Mam jednak wrażenie, że w każdym z nas tkwi jakiś pierwiastek atypowości, co czyni nas na swój sposób wyjątkowymi i niepowtarzalnymi.

Osiągnięcia neurobiologii od dawna wykorzystywane są w wielu dziedzinach życia społecznego, niestety nie zawsze w naszym faktycznym interesie. Prawie każdy z nas ma w szafie koszulkę jeszcze z przywieszoną metką, nigdy niezałożoną, albo sofę w salonie, która wyglądała świetnie na Instagramie, ale po pół godzinie siedzenia na niej okazuje się nie do zniesienia dla kręgosłupa. Kupiliśmy je, bo marketing nas przechytrzył. „Ostatnie sztuki”, „tylko dzisiaj”, „wyróżnij się” – te mechanizmy działają na nasze podświadome lęki i pragnienia. Dlaczego tak jest? Dlatego, że neuronaukę wykorzystuje się od dawna – w marketingu niestety często do manipulacji i osiągania zysku.

Czy neuroarchitektura nie staje się więc powoli kolejną marketingową pułapką? Obawiam się, że tak. Coraz częściej pod hasłem „dobrostanu” i „neuroprojektowania” sprzedaje się rozwiązania, które niewiele mają wspólnego z prawdziwą dbałością o człowieka.

Obietnice bez pokrycia
Ostatnio uczestniczyłam w konferencji, podczas której z wypiekami na twarzy opowiadano o zielonych farmach roślin w biurach. Prelegentka roztaczała wizję szczęścia pracowników w takim otoczeniu. Oczami wyobraźni zobaczyłam siebie w korporacyjnym boksie, zrywającą listek bazylii do kanapki. Wizja prysła, gdy uświadomiłam sobie absurd tej sytuacji. Czy naprawdę musimy poświęcać cenne metry kwadratowe biura, zużywać wodę i prąd, aby w sztucznym świetle wyhodować kilka listków zieleniny? Dla mnie to nie jest ekologia ani biophilic design, lecz kosztowny teatr, w którym nie chcę brać udziału.

Ale to nie koniec. W tym samym nurcie „dobrostanu” serwowano też przepis na „superśniadanie”, które wszyscy powinniśmy jeść codziennie. Podstawowym składnikiem dania było awokado. Serio? W XXI wieku, gdy walka o klimat jest jedną z największych globalnych batalii, mamy promować produkt o ogromnym śladzie węglowym? Awokado, które podróżuje przez pół świata, w regionach produkcji wyjaławia glebę, zużywa ogromne ilości wody i przyczynia się do degradacji środowiska? Promowanie takiego „zdrowego stylu życia” w kontekście projektowania to naprawdę smutny żart.

Dowiedziałam się jeszcze, że ludzie ubrani na czarno mają depresję. Pomyślałam: chyba sama wpadnę w stan słabszej kondycji psychicznej, jeśli nadal będę tego słuchać.

Co więc dalej z neuroarchitekturą?
Pomimo tych niewesołych doświadczeń muszę podkreślić, że na tej samej konferencji odbyło się wiele ciekawych i bardzo merytorycznych wystąpień, dających nadzieję, że neuroarchitektura jako kierunek ma ogromny potencjał. Może pomóc tworzyć przestrzenie, które będą leczyć, uspokajać i wspierać nas w byciu sobą. To jednak wymaga głębokiej wiedzy, a nie powierzchownego marketingu. Nie dajmy się zwieść opowieściom o „cudownych rozwiązaniach”, które są jedynie ładnie opakowanym marketingiem.

Prawdziwa neuroarchitektura nie potrzebuje szklarni w każdym biurowcu. Potrzebuje architektów, którzy potrafią słuchać, myślą krytycznie i rozumieją, że w projektowaniu najważniejszym parametrem nie jest kolejny „smart gadżet”, ale godność i biologiczne potrzeby człowieka. Pomyślmy o tym dla kolejnych pokoleń, którym zostawimy naszą planetę. To, w jakim stanie im ją przekażemy, zależy od naszych dzisiejszych decyzji i wyborów. Wybierajmy więc mądrze, patrząc nie tylko na własne potrzeby, ale też na dobro całego społeczeństwa – teraz i w przyszłości.